Ekologiczne życie na co dzień. 365 zielonych zmian na 365 dni w roku, czyli małe kroki we właściwym kierunku. Przez rok, każdego dnia, zamierzam wprowadzać w swoje miejskie życie jedną pro-ekologiczną zmianę. Zmiana raz wprowadzona będzie kontynuowana aż do końca roku. A dalej? Się zobaczy. Zaczęłam w czerwcu 2008, trzynastego w piątek, na szczęście, więc trzymajcie kciuki.
| < Listopad 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Liczniki bez rejestracji

kosmetyki

poniedziałek, 29 grudnia 2008

27 grudnia 2008, sobota

W tym roku jakoś Mikołaj nie przyniósł mi żadnych kosmetyków. Pewnie to dobrze, bo zdążyłam już sobie sama zrobić zapasy ;-)

Ostatnio kilka kremów mnie uczuliło, więc postanowiłam zwrócić się ku bardziej naturalnej opcji - krem oliwkowy z wyciągiem z aloesu. Jest bardzo łagodny, można go stosować również u dzieci. Liczę na to, że moja przewrażliwiona skóra go polubi :-)

Przyjemnie pachnie, tak jak cała ta seria. Jest gęsty, ale dobrze się rozprowadza i szybko się wchłania. Większość składników pochodzi z upraw ekologicznych. Również aloes, który ma działanie łagodzące i regenerujące dla skóry.

Krem ma niemiecki certyfikat kontrolowanych kosmetyków naturalnych. Niestety, tak jak wiele eko-kremów, nie zawiera filtrów przeciwsłonecznych. Dlatego będę go używała jako kremu na noc.

niedziela, 21 grudnia 2008

 19 grudnia 2008, piątek

W życiu kobiety o najbardziej nawet nieskazitelnej cerze następuje taki moment, kiedy pojawia się pryszczyk. Jeden, albo dwa. Malutkie pryszczyki. Pojawiają się niezawodnie co miesiąc. I DOPROWADZAJĄ MNIE DO SZAŁU! ;-(

Olejek z drzewa herbacianego jest znany ze swoich własności bakteriobójczych, do tego łatwo przenika przez skórę. Firma Oriflame ma  w swojej ofercie oczyszczający płyn z organicznym olejkiem. Pryszcz posmarowany tym środkiem niestety nie znika magicznie. Ale za to nie rośnie, nie swędzi, nie paprze się i szybko wysycha. Polecam :-)

Więcej o właściwościach cudownego olejku można poczytać tutaj.

[na obrazku cała seria z olejkiem z drzewa herbacianego, bohater dzisiejszego wpisu pierwszy z prawej]

czwartek, 04 grudnia 2008

wkładki

3 grudnia 2008, środa 

Wraz z przejściem naszego kraju ze świata gospodarki centralnie sterowanej do świata gospodarki rynkowej (aka dzikiego kapitalizmu) nastąpił wysyp towarów w sklepach. Niektóre to zbędne gadżety, niektóre całkiem bezużyteczne duperele. Ale bez części z nich już nie wyobrażam sobie życia. Do tej ostatniej kategorii należą właśnie wkładki higieniczne.

Nie wiem jak kiedyś mogło ich nie być??? Za bardzo nie będę się rozpisywać na ten temat, bo dla kobiet to dosyć oczywiste, a panowie i tak nie zrozumieją ;-) W każdym razie zużywam około 25 sztuk miesięcznie, więc przestawienie się na bardziej ekologiczną opcję robi różnicę.

Firma Natracare założona w 1989 oferuje szeroką gamę produktów higienicznych. Obok wkładek również tampony i podpaski. Wszystkie są wykonane z organicznej niechlorowanej bawełny, nie zawierają syntetycznych składników i są biodegradowalne :-)

Na próbę wybrałam klasyczne, w kształcie prostokąta i nie mam zastrzeżeń do funkcjonalności, tylko do kształtu. Po prostu następnym razem wybiorę te wykrojone anatomicznie (w kształcie klepsydry) :-)

[zdjęcie ze strony firmowej producenta]

sobota, 15 listopada 2008

malinowe usta 

14 listopada 2008, piątek 

Według badań statystyczna Polka jest w posiadaniu 1,7 szminki. Wygląda na to, że ze swoimi dwiema pomadkami i błyszczykiem stale noszonymi w torebce mniej więcej mieszczę się w normie ;-) 

Jest to tego rodzaju malutka rzecz, której zmiana przez swój ogromny zasięg mogłaby spowodować gigantyczne skutki :-) Pomyślcie. Połowa obywateli Polski to kobiety, czyli jest nas powiedzmy 20 milionów. Odliczając całkiem małe dziewczynki, bo młodsze nastolatki już używają pomadek - 15 milionów malujących się kobiet. Razem wychodzi ponad 25 milionów szminek kupowanych co 2-3 miesiące. Niesamowita ilość!

Kupiłam i wypróbowałam pomadkę malinową firmy Lavera. Składa się z różnych wosków i olejów z upraw ekologicznych. Jej malinowość to ekstrakt z owoców i olejki eteryczne. Nie zawiera żadnych konserwantów. Nadaje delikatny kolor i nawilża usta. Nawet w chłodny, wietrzny dzień pozostają w dobrym stanie. Do tego pachnie i smakuje bardzo owocowo, jak rozpuszczalna guma Mamba. Po prostu miodzio-malina! ;-)

[zdjęcie stąd]

czwartek, 06 listopada 2008

palmy

W tak pięknych okolicznościach przyrody odbędzie się dzisiaj porównawcza lekcja chemii :-) Składniki pogrubione są znane ze swoich własności alergizujących i wysuszających skórę, Kontakt z nimi nie jest zalecany w czasie ciąży i laktacji. Składniki z gwiazdką pochodzą z gospodarstw ekologicznych. 

Eksponat pierwszy:

  1. woda
  2. sodium laureth sulfate
  3. sodium chloride - zwykła sól
  4. cocamide DEA
  5. citric acid - kwasek cytrynowy
  6. parfum - aromat "identyczny" z naturalnym
  7. urtica dioica - wyciąg z pokrzywy
  8. 2-bromo-2-nitropropane-1,3-diol
  9. CI 15985 - barwnik żółty
  10. CI 19140 - barwnik czerwony
  11. CI 42090 - barwnik niebieski

Eksponat drugi:

  1. woda
  2. alkohol*
  3. coco glucoside - delikatna substancja powierzchniowo czynna otrzymywana z oleju kokosowego i cukru
  4. glycerin
  5. aloe barbadensis leaf juice* - wyciąg z aloesu
  6. disodium cocoyl glutamate - substancja myjąca z oleju kokosowego
  7. sodium cocoyl glutamate - substancja myjąca z oleju kokosowego
  8. glyceryl oleate - ekstrakt tłuszczowy z oliwy
  9. sodium PCA
  10. olea europaea fruit oil* - oliwa z oliwek
  11. xanthan gum - wielocukier, jadalny, wegański substytut żelatyny
  12. essential oils - olejki eteryczne
  13. citric acid - kwasek cytrynowy
  14. phytic acid - kwas fitowy, antyoksydant
  15. limonene - naturalny aromat cytrynowy

Podsumowując. Jedynka to herbatka z pokrzywy z solą i kwaskiem cytrynowym, podlana sporą ilością paskudnej chemii. Dwójka to alkoholizowany napój aloesowy z cytrynką i palemką (kokosową). Co Państwu podać? ;-)

Ja wybieram opcję drugą, marząc o kąpielach w ciepłych egzotycznych morzach i włosach, które swoim nastroszeniem nie przypominają palmy :-)

[zdjęcie stąd]

PS Lista zmian powiedziała, że przekroczyłam maksymalny rozmiar strony, więc musiałam ją podzielić. Na pierwszej stronie są zmiany od 1 do 100, a na końcu listy jest link do listy od 101 do bieżącego numerka.

poniedziałek, 03 listopada 2008

pilniczki 

2 listopada 2008, niedziela

I polecialam :-) Bardzo pozytywnie zaskoczylo mnie lodzkie MPK. Autobus na lotnisko przyjechal o czasie, przejazd przez pol miasta faktycznie zajal tylko 20 minut, pojazd by czysty, a kierowca mily. Poczulam sie jakbym juz byla w Szwecji ;-)

Bardzo pozytywnie zaskoczylam tez sama siebie. Biorac pod uwage, ze tym razem moj pobyt trwa o jeden dzien dluzej, a pogoda wymusila wziecie dodatkowych swetrow - osiem i pol kilograma (razem z walizka) uwazam za duzy sukces :-)

I to bez oszukiwania, bo bagaz podreczny tez mialam niewielki. Zreszta w dobie widzenia potencjalnego morderczego terrorysty z nozem w zebach w kazdym od lat 0 do 120, do samolotu i tak prawie niczego nie mozna zabrac. W torebce laduja dokumenty, portfel i cos do czytania. Nie mozna miec wody. Nie mozna miec kremu do rak. Nie mozna miec pilniczka do paznokci. Nic nie mozna... :-(

Gruba przesada, jakby mnie kto pytal. Wyszkolony terrorysta bylby pewnie w stanie opanowac samolot golymi rekami, a co dopiero przy pomocy plastikowego nozyka do masla, ktory linie lotnicze daja razem z kanapka ;-/

W starciu z ochrona lotniska stracilam do tej pory:

  • noz kuchenny, tzw. noz szefa z 20 cm ostrzem - jeszcze w czasach gdy oddawali do depozytu i teoretycznie mozna bylo odebrac po przylocie, ale nigdy go wiecej nie zobaczylam... Fajny byl, pewnie komus innemu sie spodobal.
  • widelec z dziecinnego kompletu sztuccow - wzielam na droge salatke i widelec, widelec zabrali, salatke zostawili (tym razem). Wyjadalismy z pudelka nabierajac na krakersy.
  • salatke - salatka, jeszcze w oryginalnym opakowaniu ze szwedzkiego marketu, byla z majonezem i bylo jej 200 gram. Pan uznal, ze majonez to plyn, a plyny wolno tylko do 50 ml. Bez komentarza...
  • pilniczek do paznokci - metalowy, wiec zagrazal zyciu. Pewnie wygladalam na taka co stewardesie oko wydlubie, jak nie dostanie smietanki do kawy ;-/

Od tego czasu nie kupuje nozy zagranica, chocby najpiekniejszych, na droge biore kanapki i przerzucilam sie na pilniczki papierowe. Nie lubie jak mi zabieraja zabawki, mam uraz z piaskownicy ;-(

Papierowe pilniczki tak naprawde sa plastikowe i tylko oklejone papierem sciernym. Chociaz nie mam pazurkow jak tygrys zuzywaja sie szybko - 2-3 miesiace i trzeba kupic nowy. Jednym z elementow ekologicznego stylu zycia jest korzystanie z przedmiotow trwalych, wielorazowego uzytku.

Dlatego zainwestowalam w pilniczek szklany. Skuteczny, teoretycznie niezniszczalny, nierdzewny, nie tepi sie. W celach higienicznych mozna umyc woda albo przetrzec spirytusem i jest jak nowy. Kosztuje tyle co cztery zwykle, ale za to powinien wystarczyc mi na reszte zycia.

Dla wiekszego pro-ekologicznego efektu wybralam zielony ;-)

[zdjecie stad]

wtorek, 28 października 2008

sarenka 

27 października 2008, poniedziałek 

Wlochaty dowcip z broda:

  • Masz nozki jak sarenka - rozmarzonym glosem zagaja pan.
  • Takie zgrabne? - z kokieteryjnym usmiechem odpowiada pani.
  • Nie, takie owlosione...

No coz, nie chcialabym byc taka ekologiczna sarenka. Wystarczy, ze sie nie myje i smierdze... ;-(

Pare dni temu pisalam o nieekologicznosci kosmetykow w postaci spreju. Dzisiaj przyszla kolej na pierwszy z nich - pianke do golenia. Fart w losowaniu puli genowej sprawil, ze na szczescie nadmierne owlosienie nie jest moim problemem. Nie musze uzywac zadnych makabrycznych srodkow w rodzaju zrywania woskiem na zywca czy wypalania laserem. Wystarczy przeleciec maszynka 1-2 razy w tygodniu i skora gladka jak jedwab ;-)

Pianka do golenia jest fajna, przypomina troche nakladanie bitej smietany - az korci, zeby polizac ;-) Ale juz uzgodnilismy, ze ekologicznie jest niefajna, wiec musi odejsc. Po co uzywa sie pianki? Zeby zmiekczyc skore przed goleniem i ulatwic usuwanie wloskow.

Stwierdzilam, ze skoro i tak przynajmniej 2 razy w tygodniu biore kapiel w wannie to moge potraktowac te okazje jako wystarczajace zmiekczenie skory, a jako poslizgu uzyc spienionego zelu pod prysznic. Nie jest to tak przyjemne doznanie jak z pianka wlasciwa, ale jest wystarczajaco skuteczne, wiec moze byc :-)

[sarenka przydreptała stąd]

wtorek, 21 października 2008

 pasta

Jeździliście na kolonie? No to doskonale wiecie co to jest zielona noc :-) Ostatnia noc przed powrotem do domu, dużo śmiechu, głupich dowcipów i smarowania sie po twarzach resztkami pasty do zębów. Na pohybel wychowawcom! ;-)

Ale nie martwcie się, to nie jest ostatnia noc na blogu, jeszcze długa droga przede mną do osiągnięcia celu. Dzisiejszy wpis będzie o paście do zębów. Po czarnuszkowym płynie do płukania ust i używaniu kubeczka nadeszła pora na zmianę pasty na bardziej zieloną. Kupiłam kilka różnych egzemplarzy do testowania i okazało się to bardzo dobrym posunięciem.

Pierwsza nieudana próba. Pasta z nagietkiem okazała się smakować nieco świeżą kolendrą, ktorej nie cierpię (nie ma jej w składzie, ale i tak ją czuję) - odpada.

Druga nieudana próba. Pasta solna zgodnie z opisem poza szorowaniem powierzchni zębów miała działać szczególnie bakteriobójczo przez stymulację produkcji śliny. Moje ślinianki tak się radośnie zastymulowały, że aż miałam odruch wymiotny - odpada.

Wreszcie krem miętowy okazał sie trafnym wyborem :-) Nie rozumiem dlaczego nazywa się toto krem, skoro to zwykła pasta, ale może się nie znam na marketingu ;-) Smak miętowy jest bardzo delikatny, pasta pieni się intenywnie i fajnie odświeża. Nie zawiera fluoru, barwników, sztucznych aromatów ani konserwantów, a za to ma organiczny ekstrakt z rumianku. Przyjemna w użyciu i wydaje się być skuteczna. Nie wiem czy "90% stomatologów poleca ją swoim pacjentom", ale i tak będę od teraz stosować.

PS A na deser piosenka z kabaretowego programu "6 dni z życia kolonisty". Dobra, jeszcze jedna (Boguś rulez!) Tylko pamiętajcie - żadnych innych deserów po myciu zębów ;-)

czwartek, 16 października 2008

deo 

Tytułowy pogląd cieszy się popularnością w pewnych kręgach. Pozwala upupić i ośmieszyć ideologicznego przeciwnika. Pozwala nie odnosić się do merytorycznych argumentów, bo przecież "Wszyscy wiedzą, że się nie myją, niby oszczędzają wodę, brudasy jedne, he he". I na tym koniec dyskusji...

Dlatego chcę być żywym przykładem, że to bujda na resorach. Jestem umyta, ładnie pachnę, mam czyste ubranie, czyste ręce i czyste serce ;-) I chcę utrzymać ten pozytywny stan również w ciągu następnych dwustu czterdziestu dni :-)

No i właśnie zaliczyłam pierwszą porażkę :-( Bardzo żałuję. Ekologiczny dezodorant, obsypany certyfikatami, wegański, organiczny, wydajny, pięknie pachnący przy nakładaniu. Po prostu ekologiczny cud, miód i orzeszki. Gdyby nie to, że... jakby to delikatnie powiedzieć... no... nie działa. To znaczy oczywiście działa, przez parę godzin na pewno. Ale ja poza domem spędzam codziennie 10-12 godzin, czasem dość intensywnie. I środek, który nie niweluje zapachu potu przez cały ten czas jest absolutnie nieakceptowalny :-(

Dlatego z dezodorantowego zamiennika na razie nici :-( Jest tam jeszcze kilkanaście innych do przetestowania, więc nie tracę nadziei na przyszłość. Jednak dzisiaj zrobię naprawdę maleńki kroczek - będę używać tego ekologicznego, gdy nie mam w planach wychodzenia z domu.

PS Dzisiaj stuknęło 10.000 odwiedzin na stronie! Może jakaś eko-imprezka dla stałych klientów? ;-)

niedziela, 12 października 2008

cherry

The Body Shop - proste logo na zielonym tle, które od lat wywołuje przyspieszone bicie serca każdej kosmetycznej maniaczki :-) Założona w 1976 przez Anitę Roddick firma "z duszą", która odniosła ogromny światowy sukces. Jej filozofia obejmuje holistycznym spojrzeniem nie tylko zdrowie i piękno kobiecego ciała, ale również pochodzenie użytych w kosmetykach składników. Dostawcami większości są małe lokalne spółdzielnie z krajów Trzeciego Świata, które mają obowiązek zapewnić godziwe wynagrodzenie swoim pracownikom (fair trade, community trade). Produkty nie są testowane na zwierzętach, są w 100% odpowiednie dla wegetarian - ze składników odzwierzęcych mają tylko wosk pszczeli i miód. Czysty miód na ekologiczne serca :-)

Firma jest kochana przez klientki za hasło reklamowe: "Na świecie są 3 miliardy kobiet, które nie wyglądają jak supermodelki i tylko osiem, które tak wyglądają" oraz cudownie pachnące i odżywcze masło do ciała z mango ;-)

Od kilku lat również w Polsce można kupić ich kosmetyki, na przykład w sklepie firmowym w Galerii Łódzkiej. A skoro nie mogłam kupować ubrań, to przecież musiałam się gdzieś podziać, prawda? ;-)

Co roku jesienią nachodzi mnie nastrój na nowe perfumy, na zmianę zapachu. Potrzebuję wtedy jakiś słodki, sweterkowo otulający, który ogrzeje swoim ciepłem długie wieczory.

I bingo! W sklepie, czule nazywanym "bodyszopem", znalazłam coś jakby stworzonego specjalnie dla mnie na potrzeby tego bloga:

  • szklana butelka do recyclingu
  • metalowa zakretka (zero plastiku)
  • brak zbędnego opakowania - nie ma pudełeczka kartonowego ani folii
  • zapach uroczy i pięknie się na mnie rozwija

Czegóż chcieć więcej? :-) W zimie będę pachnieć jak cała ulica japońskiej wiśni, a na wiosnę poszukam czegoś równie przyjaznego środowisku :-)

Agnieszka Osiecka miała chyba jasnowidzenie...

Szare ulice, szare balkony,
z  widokiem  na  inne  szare balkony.
Szare żony, szare spódnice, 
z widokiem na nowe szare spódnice.
Gdzieniegdzie jeszcze kocie łby, 
a w kocich łbach kocie sny.

Ulica japońskiej wiśni, 
niech ci się przyśni co jakiś czas. 
Ulica japońskiej wiśni, 
niech się  wymyśli w purpurze gwiazd.
 

sobota, 11 października 2008

waciki 

10 października 2008, piątek

Szatan konsumpcjonizmu czyha na zbłąkane ekologiczne owieczki, a imię jego promocja. Ledwie wpisałam, że nie będę już kupować zbędnych ciuchów, a tu łup! z grubej rury. Noc Zakupów w Galerii Łódzkiej, mnóstwo ofert specjalnych i wyprzedaży. Zakupoholiczne eldorado! O ile tylko nie jest się na odwyku... :-(

A na dodatek nie mogłam pójść po linii najmniejszego oporu i zignorować eventu, siedząc w domu i obgryzając eko-paluszki, bo obiecałam D. konsultacje przy zakupach odzieżowych na pierwsze dni w nowej pracy. Naturalną koleją rzeczy garderoba młodej mamy po urlopie macierzyńskim często składa się z poplamionych koszulek, poplamionych bluzek i niepoplamionych rzeczy o dwa numery za małych. Jeśli dodać do tego ukochaną Isię, od której złożliwie dostaje się na urodziny biustonosz we właściwym rozmiarze i nawet  te poplamione bluzki przestają się dopinać z przodu, to mamy pełen obraz tekstylnej nędzy i rozpaczy. Sami rozumiecie, musiałam iść, poczucie winy by mnie zabiło jak bym zostawiła ją samą.

Było to dla mnie ciężkie emocjonalnie doznanie. Poinformowałam D. i wszystkie napotkane po drodze przyjaciółki, że mam na czole wielki napis: "NIE POTRZEBUJĘ ŻADNYCH CIUCHÓW!" i jakbym o nim zapomniała to proszę mi przypomnieć. I spotkał mnie totalny brak zrozumienia i wiary w moją silną wolę. Zero wsparcia i podśmiechujki - nienawidzę tych potworów! ;-( Powiedziałam, żeby się wypchały, bo będę robiła zakupy według listy, a tak w ogóle to mam 300 dolarów i przyszłam tu po waciki! ;-)

W Rossmannie musiałam się przebić przez ekipę telewizyjną, która z absolutnym brakiem wyobraźni rozłożyła się w takim gorącym momencie między półkami, zanim dotarłam do poszukiwanych skarbów. Wacików tam dostatek: białe i kolorowe, okrągłe i kwadratowe, płaskie i puchate. Które wybrać? Czy są też bardziej i mniej ekologiczne? Miałam nadzieję na jakieś z makulatury albo organicznej bawełny, ale takich nie ma. Najbardziej "zielone" okazały się niemieckie Lilibe produkowane z bawełny wybielanej bez użycia chloru (1,99 za 70 sztuk).

Odtąd będę zwracać na to uwagę. A może następnym razem trafię jednak na te organiczne? :-)

poniedziałek, 15 września 2008

14 września 2008, niedziela

Niespodziewany koniec lata. Nagle zrobilo sie lodowato i nieprzyjemnie. Najchetniej czlowiek zaszylby sie pod gruba warstwa puchatych kocykow z kubkiem herbaty i laptopem. Ale nie, zmrok jeszcze nie zapadl, wiec trzeba wymyslic jakas inna rozrywke. Przeczytac artykul w ostatniej Polityce o globalnym ociepleniu (he, he) albo o winie z upraw ekologicznych (wrzesniowy numer Kuchni).

Nuda jest bardzo kreatywna. Dopoki ktos nie zacznie sie nudzic, nie moze wpasc na pomysl co moglby robic ZAMIAST. Zamiast gapienia sie w telewizor, surfowania w sieci, rozsylania glupich maili do znajomych i czytania co powiedzial taki jeden o takim drugim, a co ten drugi na to, a co opinia publiczna ustami swoich najlepszych przedstawicieli (zwlaszcza jesli i jeden, i drugi, i w ogole cala ta sprawa wisi nam smetnym kalafiorem).

Mozna na przyklad isc na spacer do parku i oddychac cudownym jesiennym powietrzem o zapachu grzybno-lisciowym. Zaliczone. Mozna zadzwonic do przyjaciolki i porozweselac ja do rozpuku. Zalatwione. Mozna zrobic pyszny grzybowy obiad. Mniam, mniam, zjedzone. Mozna… yyy… pozmywac?

Zwykle zmywam naczynia poznym wieczorem. Jak zrobie wszystko inne i juz naprawde nie da sie tego dluzej odkladac, bo zaraz pora isc spac. Taaa… Odkladanie nielubianych zajec ze zludna nadzieja, ze moze same sie zrobia. Same sie, niestety, zwykle nie robia. Najczesciej robia sie za to bardzo pilne na przedwczoraj, co tylko pogarsza sytuacje*

Z wielka niechecia, ociagajac sie, wymyslajac rozne usprawiedliwienia dlaczego "jeszcze troche", ochlapujac kota, zrzucajac najwiekszy garnek na podloge (na szczescie NIE na kota)… uff… pozmywalam.

A tu prosze, niespodzianka. Po zmywaniu raczki same sie prosza o manicure: skorki same sie odsuwaja, powierzchnia paznokci idealnie odtluszczona. I po co ja, glupia, tyle lat namaczalam palce w miseczce z woda mydlana?! Przeciez wystarczylo najpierw pozmywac! ;-P I miseczke wody, raz w tygodniu, zaoszczedzic. Doskonala, bezwysilkowa zmiana na niedziele. Voilá! :-)

*Mam wrazenie, ze u nas wszyscy politycy zaangazowani w budowe autostrad bardzo tych cholernych autostrad nie lubia. Czyzby zamaskowana piata kolumna ekologow? ;-)

PS Udeptywanie kiszonej kapusty NIE JEST dobrym wstepem do pedicure! ;-)

środa, 03 września 2008

Rose hip cream

Ponizej kilka przykladow tych zielonych zmian, ktore moim skromnym zdaniem zaczynaja krazyc wokol. Zeby nie bylo, ze sciemniam ;-)

Zielona ksiega urody, tak sie od dawna nazywa katalog kosmetyczny firmy Yves-Rocher. Kiedys to byla nazwa mocno na wyrost, ale teraz sie to zmienia. Z nowosci firma proponuje:

  • serie Tradition de Hammam do pielegnacji ciala bazujaca na olejkach arganowym i rozanym z upraw ekologicznych
  • wymienne wklady do sloiczkow z kremem linii Inositol Vegetale - kosztuja kilkanascie zlotych taniej niz caly sloiczek. Wystarczy wklad wlozyc do poprzednio uzywanego sloiczka i oderwac z wierzchu kapselek. Eliminacja zbednego opakowania
  • przy zakupie opakowania uzupelniajacego bierzemy udzial w kampanii "Zasadz z nami drzewo" - firma planuje zasadzic 1 milion drzew w ciagu trzech lat. Na razie jest ich dopiero 15 280, ale ciagle rosna ;-)
  • w katalogu wysylkowym rowniez mozna gratisowy dodatek kosmetyczny zamienic na udzial w tej kampanii
  • juz osmy rok na swiecie, a trzeci w Polsce, firma sponsoruje akcje Ziemia-Planeta Kobiet. Jest to nagroda dla lokalnych aktywistek w dziedzinie ochrony srodowiska

Oriflame jest szwedzkiego pochodzenia, a Szwedzi generalnie maja bzika na punkcie ekologii. Tutaj mozna znalezc kosmetyki z naturalnymi wyciagami roslinnymi:

  • seria rozana do suchej cery z organicznym wyciagiem z dzikiej rozy
  • seria aloesowa do cery wrazliwej
  • oczyszczajaca seria Tea Tree z organicznym olejkiem z drzewa herbacianego

AVON jest na razie w tym temacie troche w tyle, ale miejmy nadzieje, ze wkrotce nadgoni.

I ja tez postanowilam dolozyc swoja cegielke. Znaczace ograniczenie zakupow kosmetycznych jest na razie ponad moje sily ;-) Ale od dzisiaj bede zaraz po przejrzeniu oddawac konsultantkom papierowe katalogi, niech dadza je kolejnym klientkom. W ten sposob dziewczyny rozprowadzajace kosmetyki beda mogly kupic mniej katalogow, a zaoszczedzone drzewa sprawia, ze bedziemy jeszcze piekniejsze, od samego oddychania ;-)

poniedziałek, 25 sierpnia 2008

papaya conditioner

Uprzejmie donoszę, że w Superpharm można również kupić kosmetyki do włosów firmy Freeman oraz żele pod prysznic.

Nabyłam drogą kupna odżywkę nadającą włosom połysk. Jak wszystkie ich produkty nie była testowana na zwierzętach, nie zawiera produktów odzwierzęcych i do tego jest w dużym opakowaniu (aż 400 ml!). 

Odżywka jest papayowo-limonkowa, co w przypadku tej firmy oznacza, że w składzie jej występują, w kolejności malejącej zawartości:

  • woda
  • wyciąg z papai
  • wyciąg z limonki
  • ekstrakt z orzechów kokosowych
  • wyciąg z wodorostów
  • pantenol
  • cocamidopropyl betaine i różne inne chemikalia w ilości symbolicznej

Nieco szokujące w zestawieniu z odżywką innej, mniej niszowej firmy, w której jest chemia, chemia, chemia, jeszcze trochę chemii i aromat papai, nieprawdaż? ;-)

Dlatego będę teraz używać tego balsamu, a włosy będą "tak zdrowe, że aż lśnią". Byle nie na zielono...

[A cały wiersz bardzo smutnego radosnego poety, który zainspirował dzisiejszy tytuł można znaleźć tutaj]

 
1 , 2