Ekologiczne życie na co dzień. 365 zielonych zmian na 365 dni w roku, czyli małe kroki we właściwym kierunku. Przez rok, każdego dnia, zamierzam wprowadzać w swoje miejskie życie jedną pro-ekologiczną zmianę. Zmiana raz wprowadzona będzie kontynuowana aż do końca roku. A dalej? Się zobaczy. Zaczęłam w czerwcu 2008, trzynastego w piątek, na szczęście, więc trzymajcie kciuki.
| < Wrzesień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Liczniki bez rejestracji

jedzenie

środa, 31 sierpnia 2011

jogurt z owocami

Chrupiące płatki, domowej roboty jogurt, trochę owoców. Śniadaniowa poezja rozpoczyna się w czerwcu wraz z pierwszymi truskawkami, przez jagody, borówki, wiśnie, morele, maliny, aż do brzoskwiń, śliwek i gruszek. Pyszności.

W starej książce znalazłam niedawno przepis na domowej roboty Granolę. Granola to zwykłe płatki śniadaniowe, ale podprażenie ich w piecu sprawia, że nabierają wspaniałego orzechowego aromatu i przyjemnej chrupkości. Podobno w tej formie są też lżej strawne.

Przygotowanie jest banalnie proste (przepis poniżej), a ma się 100% gwarancji, że w składzie nie znalazło się nic podejrzanego: polepszacze, wzmacniacze, czy inne aromaty identyczne z naturalnymi. I można dopasować kompozycję smaków do swoich upodobań czy awersji.

Dlatego od dzisiaj postanawiam sama przygotowywać mieszankę płatków śniadaniowych. I Was też gorąco zachęcam.

[apetyczny obrazek stąd]

***

GRANOLA (przepis na około kilogram mieszanki)

3 szklanki płatków owsianych (to jest akurat jedno opakowanie tak zwanych "górskich")

1 szklanka innych płatków - jęczmienne, żytnie, pszenne - wg gustu

1/2 szklanki wiórków kokosowych

1/4 łyżeczki soli

Powyższe składniki trzeba dobrze wymieszać w misce i dodać jedną szklankę bakalii jakie się lubi - rodzynki, orzechy włoskie czy laskowe, migdały, kandyzowane owoce, nasiona dyni lub słonecznika (mnie najbardziej smakuje zestaw migdały+słonecznik+kandyzowana papaja).

4 łyżki miodu i 1/4 szklanki oleju lekko podgrzać w rondelku na malutkim gazie i mieszać, aż się połączą.

Do suchych składników powoli wlewać olej i dobrze wymieszać. Wyłożyć na blachę do pieczenia na grubość około 2 centymetrów. Piec 20 minut w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni, a następnie zmniejszyć temperaturę do 130 stopni i piec jeszcze około 40 minut, aż się ładnie zrumieni. Od czasu do czasu trzeba przemieszać, żeby się równo przypiekło.

Po wystudzeniu przełożyć do szczelnie zamkniętego pojemnika - może to być ozdobna puszka albo zwykły słoik z zakrętka, to nie ma wpływu na smak ;-)


 

środa, 01 kwietnia 2009

 

 Prowadzenie ekologicznego życia tutaj jest z jednej strony trudne - nie ma recyclingu opakowań, nie ma zrozumienia dla niechęci do plastikowych torebek*, nie ma zielonych sklepów.

Ale z drugiej niektóre rzeczy „same się” robią – mycie rąk w zimnej wodzie (bo nie ma innej), niekorzystanie z windy (bo w ogóle nie ma, a jak jest to akurat nie działa), szybkie prysznice (bo ciepłej wody w bojlerze wystarcza tylko na chwilę). Jak kiedyś spostrzegawczo zauważyła kasjo.pl, niektóre ekologiczne rozwiązania to po prostu powrót do dawnych zachowań, z biedniejszych czasów.

Dlatego uważnie obserwuję otaczającą mnie całkiem nową rzeczywistość pod kątem czerpania takich właśnie pomysłów. I świetny przykład znalazłam w pracy :-) Codziennie w południe firma cateringowa przywozi obiady. Większość pracowników zamawia tak zwany „zestaw dnia”, czyli zupę, drugie danie i surówkę. Ale czasem ktoś zamówi zestaw, a akurat nie lubi barszczyku; a to komuś się przejadła marchewka po koreańsku co najmniej raz w tygodniu przyjeżdżająca w charakterze surówki; a to ktoś nie ma apetytu po wczorajszym pijaństwie ;-) Na takie okazje stoi w kącie pudełko, do którego można włożyć nadmiarowe dania – zawsze znajdzie się ktoś chętny. Zresztą nic dziwnego skoro trzy czwarte składu firmy stanowią dwudziestoparolatkowie płci męskiej wciągający dowolną ilość pożywienia o dowolnej porze ;-)

Bardzo mi się ta metoda podoba i zamierzam z niej korzystać (zarówno jako dawca, jak i biorca), a po powrocie do Polski zastosować również w naszym biurze :-)

[właśnie Kot w Butach taki jak na zdjęciu, ze swoją słynną błagalną miną, umieszczony jest pod hasłem „podziel się z głodnym kolegą”, po prostu nie można się oprzeć :-)]

*Standardowy dialog ze sprzedawczynią w sklepie:

  • - Dziękuję za torebkę.
  • - Ale ona bezpłatna jest.
  • - Ale ja nie potrzebuję, mam swoją, szkoda tej.
  • - Eeeee, mnie tam nie szkoda [śmiech, a gdyby mogła to by się popukała w głowę…]

Zupełnie jak u nas 10 lat temu ;-/

niedziela, 18 stycznia 2009

 

Gdy za oknem buro, a w duszy ponuro warto zjeść coś miłego. Angielskojęzyczni mają na taka potrawę określenie comfort food, jedzenie na pocieszenie. To musi być proste, kojarzące się z domem, poczuciem ciepła i bezpieczeństwa. Dla mnie zdecydowanym faworytem w pocieszaniu jest budyń. Ciepły, słodki, łatwy do zrobienia, łatwy do zjedzenia. Mmmm... :-)

Jakiś czas temu przestudiowałam uważnie spis składników na torebce. Poza mąką ziemniaczaną i cukrem są tam wyłącznie barwniki i aromaty. Mąkę mam, cukier mam, sztucznych dodatków nie potrzebuję. Zagadka: po co w ogóle kupuję firmowy budyń w torebkach?

Pogrzebałam więc w książkach w poszukiwaniu przepisu na domowy budyń. A raczej proporcji w jakich dodać do mleka tę mąkę z cukrem. Zajęło mi to dłuższą chwilę, bo w starym wydaniu "Kuchni Polskiej" przepis znajduje się pod hasłem kisiel mleczny ;-)

A oto przetestowany przepis na budyń waniliowy:

Z pół litra mleka odlać pół kubeczka. Do garnka z mlekiem dodać 2 łyżeczki cukru i 1 łyżeczkę cukru waniliowego, postawić na gazie. Do kubeczka dodać mąkę ziemniaczaną i dokładnie wymieszać. 2 czubate łyżeczki mąki na bardziej płynny, 3 czubate łyżeczki na gęsty. Do wrzącego mleka w garnku wlać mleko z kubeczka. Zamieszać. Zagotować. Jeść :-) Czas przygotowania - 4 minuty.

Kto jeszcze potrzebuje pakowanych w torebki i opakowania zbiorcze, przywożonych z daleka, nafaszerowanych sztucznością błyskawicznych Słodkich Chwilek?! 

Dla wzmocnienia efektu terapeutycznego można dodać kilka kostek czekolady i wymieszać. W ten sposób uzyskuje się budyń czekoladowy :-)

[zdjęcie stąd

PS Jeszcze parę takich wpisów jak ostatnio i będę musiała przenieść bloga do kategorii "kulinarne" ;-)

środa, 24 grudnia 2008

22 grudnia 2008, poniedziałek

To pytanie niezawodnie ciśnie się na usta przy okazji ostatnich przedświątecznych zakupów. Czyste szaleństwo i zawrót głowy. Mega kolejki po wszystko, dosłownie. 20 minut czekania do głupiego bankomatu w centrum handlowym. Z kupienia gazet w empiku zrezygnowałam po stanięciu twarzą w twarz z wielogłowym, poskręcanym w 88 wężem kolejkowym ;-)

Całe szczęście, że prezenty mam już dawno kupione i mogłam w całym tym zgiełku praktykować cnotę spokoju i równowagi ;-) Tak naprawdę mogłabym wcale nie wychodzić z domu, gdyby nie konieczność zakupienia ekologicznych bakalii.

W ulubionym sklepie ze zdrową żywnością ludzi więcej niż zwykle, ale ciągle jeszcze do zniesienia. Pomyszkowałam na półkach i wynalazłam takie cudeńka jak prażone orzechy laskowe czy kandyzowana papaja. Mniam :-)

Potrzebowałam 300 gram orzechów, więc włożyłam do koszyka 3 paczki z zamiarem kupienia. Ale po dojściu do lady okazało się, że są też orzechy na wagę, z dużego słoja. Hmmm… co jest bardziej eko? Wybrałam jednak te na wagę. Zwłaszcza, że pani zapakowała je do papierowej torebeczki, którą po zjedzeniu zawartości można ponownie wykorzystać. Na przykład do zapakowania kawałka ciasta na drogę dla zbłąkanego wędrowca ;-)

[orzeszki stąd]
niedziela, 21 grudnia 2008

 

20 grudnia 2008, sobota

Zainspirowana grudniowym numerem Kuchni postanowiłam zrobić na Wigilię eksperymentalne ciasto, włoski przysmak ze Sieny - panforte. Panforte składa się z bakalii, bakalii, cukru, miodu, przypraw, 4 łyżek mąki i jeszcze trochę bakalii ;-) Znaczy chciałam powiedzieć, że bakalii potrzebuję dużo. Razem ponad kilogram na to jedno ciasto.

W ramach testowania produktów z linii Tesco Organic kupiłam jakiś czas temu ekologiczne suszone morele. I są bossskie. Najpyszniejsze suszone morele jakie w życiu jadłam :-) W ramach dzisiejszej zmiany postanowiłam, że wszystkie świąteczne bakalie: orzechy, migdały, rodzynki, suszone owoce, kupię z gospodarstw ekologicznych. Żeby to były zielone święta :-)

[panforte prosto stąd]

niedziela, 07 grudnia 2008

oleje

6 grudnia 2008, Mikołajkowa sobota

Zaniedbuję trochę bloga ostatnio, ale w pracy tak zasuwam, że nie mam nawet czasu taczek załadować* ;-)

Dlatego kalendarzowi niech będą dzięki za Mikołajki i konieczność lekkiego zwolnienia tempa :-) Bo to przecież trzeba pomyśleć, jakieś upominki kupić, imprezkę zorganizować. I od razu odechciewa się myślenia o pracy ;-)

Tegoroczne prezenty mikołajkowe były pod znakiem "rzeczy wielokrotnego użytku". Dla małego M. udało mi się kupić książeczkę ze świątecznymi kolorowankami (bałwanki, choinki, takie tam). Ale jest to bardzo sprytna książeczka - malujemy obrazek, a jak nam się znudzi albo coś nie wyjdzie to ścieramy chuseczką i mamy czysty obrazek do ponownego kolorowania. Bardzo zmyślny patent :-)

Dorosłym natomiast podarowałam... ocet i olej ;-) Odkryłam w Manufakturze sklep Vom Fass, wyglądający tak jak na zdjęciu. W glinianych beczułkach czekają różne rarytasy, które można degustować na miejscu, a można też kupić na wynos w szklanej butelce. Oleje najrozmaitsze, od truflowego po mandarynkowy. Octy od imbirowego po malinowy. Orgia smaków :-)

A jak już się takiego zabierze do domu i skonsumuje z bagietką smakowicie mlaskając, to wystarczy umyć butelkę i już można popędzić po kolejny eksponat do degustacji :-) Taki produkt rozlewany na miejscu do szklanej butelki to bardziej eko-opcja niż fabrycznie pakowany w plastik, no nie? :-)

[Tutaj można przeczytać artykuł o sklepie tej sieci w warszawskim Blue City. A zdjęcie wypożyczyłam z innego artykułu]

*Jak ktos nie zna tego dowcipu to na życzenie dopiszę :-)

wtorek, 11 listopada 2008

ogórki

10 listopada 2008, poniedziałek

Szczególnie nie chodzę na filmy polskie. Bo przecież są jakieś granice - ile człowiek może znieść rozczarowań?! Szmery, bajery, reklamy, promocje, a w kinie znowu chała :-(

Dlatego tego lata w kinie pod chmurką poraził i zachwycił mnie "Rezerwat". Polski film, kompletnie nieznanego reżysera, w którym jest sens i logika, montaż nie szwankuje, dźwięk słychać, aktorzy grają a nie przechadzają się obnosząc swoje znane z seriali buźki i do tego jest chwilami naprawdę śmieszny. Już tylko dzięki temu byłby na szczycie listy najlepszych filmów roku :-)

A tutaj jeszcze mamy praskie smaczki, prawdziwych ludzi pokazywanych z życzliwością i sympatią, śmieszność czasem straszną, a w tym wszystkim głębia, mądrość i parę słów prawdy o rzeczywistości. Dlatego po prostu musiałam kupić ten film na DVD, bo będę go oglądać na pewno jeszcze nie raz :-)

Zorganizowaliśmy sobie wieloosobowy "wieczorek filmowy na Pradze". Wódka, chleb, ogórki kiszone, parówki*, wszystko podane elegancko, na rozłożonej gazecie, kulturka. Żeby nie było, że melina jakaś ;-)

I było świetnie :-) Film nie rozczarował tych, którzy pierwszy raz, i nadal czarował weteranów. Nastrój swojsko-romantyczny, z rozczulającą "Piosenką o kwiatach"**:

A gdy ucichną gorzkie słowa
Miłość wypełni serce me
Nie będzie kwiatów nikt żałował
Bo ja naprawdę Kocham Cię!

Więc nie wylewaj łez
Proszę cię najgoręcej
Przytul mnie jak najprędzej
Kochana ma... (bis)

I w tym rozrzewnieniu przyszło mi na myśl - taką dobrą polską wódkę mamy, a ja pijam jakieś whiskey, rumy, niewiadomoco. Zmiana - od dzisiaj kupuję tylko lokalny alkohol. Chociaż może niekoniecznie wino marki "Wino owocowe" ;-)

Tutaj można obejrzeć zwiastun filmu, ale najlepiej po prostu obejrzeć film :-)

[zdjęcie stąd]

*sojowe, oczywiście :-)

**kto odważny może kliknąć na link i wysłuchać całej piosenki, tutaj wkleiłam jedyny cenzuralny kawałek ;-)

czwartek, 23 października 2008

chleb

Od kilku tygodni, po lekturze wstrząsającego artykułu w Polityce (o którym pisał też 0hover), rozmyślam o nierównej dystrybucji żywności w różnych krajach. Czy wiecie, że statystyczny mieszkaniec USA wyrzuca na śmietnik około 30% zakupionego jedzenia? Czy wiecie, ze każdego dnia na świecie z głodu umiera 16000 osób? Czy zdajecie sobie sprawę, że w czasie gdy czytacie ten wpis umarło już z niedożywienia kilkanaście osób... Kolacja staje w gardle...

Ja też mam na sumieniu marnowanie jedzenia. Może nie aż tak jak Amerykanie, ale jednak. Zainspirowana gorącą dyskusją pod poprzednim wpisem postanowiłam wreszcie przejść od myśli, rozważań i obserwacji - do czynów. Oto inwentaryzacja lodówki, spis z natury:

  • szuflada pełna działkowych jabłek  
  • 3 sklepowe jabłka w stanie rozkładu*
  • 2 czerwone papryki
  • zdechła sałata masłowa
  • jeszcze żyjąca sałata lodowa
  • 1 papryczka chili
  • 2 główki czosnku
  • pół kilo pieczarek
  • zdezelowany zielony ogórek
  • 2 mocno dojrzałe gruszki
  • 1 bakłażan
  • 3 pomidory
  • resztka ugotowanego makaronu... tylko nie pamiętam kiedy jadłam makaron...
  • 5 jajek
  • kostka masła
  • resztka jogurtu z zeszłotygodniowej produkcji
  • paczka parówek zbożowych
  • sery: bundz, parmezan, niebieski pleśniowy, czerwony pleśniowy, wędzony, topiony sojowy z czosnkiem, feta zwykła, feta w oleju z oliwkami (wszystkie w dobrym stanie, poza tym że niektóre spleśniałe ;-))
  • napoczęte słoiki: konfitur morelowych, majonezu, musztardy, sosu tatarskiego, zielonych oliwek i 2 różne suszonych pomidorów (oba otwarte...)

Nawet nie tak wiele musiałam wyrzucić (tylko te zaznaczone na czerwono) :-) I wygląda na to, że męczy mnie wewnętrzny przymus zrobienia dużych zakupów, bo przecież koniec tygodnia, a tu spiżarnia pełna smakołyków...

Dosyć tego. Zmiana na dzisiaj - nie będę kupować jedzenia, dopóki nie zjem tego co już jest w lodówce. Zmiana na przyszłość - będę ograniczać zakupy jedzeniowe, żeby jak najmniej się zmarnowało. A jeśli mimo tego coś będę musiała wyrzucić, bo się zepsuło - zrekompensuję to darowizną na rzecz lokalnego Banku Żywności. Trzeba jakoś powstrzymać to marnotrawstwo...

I mam nadzieję, że żaden nawiedzony tępiciel ekologów nie nazwie mnie obsesyjno-kompulsywną ortorektyczką ;-P

*Tutaj jest ciekawa kwestia. Kupiłam te jabłka pewnego sobotnego poranka, a po południu niespodziewanie dostałam od B. skrzynkę jabłek z działki - własne, bez nawozów, bez oprysków. Wrzuciłam je razem do lodówki i sklepowe się zepsuły, a działkowe jak nowe... Działkowe nawet te, które już się do lodówki nie zmieściły to są jak nowe, tylko im trochę skórka zwiotczała. Powstaje pytanie - co oni robią tym sklepowym owocom? Czy my w ogóle wiemy co jemy? Przerażające to trochę... :-/

[zdjęcie stąd]

niedziela, 05 października 2008

rozmaryn 

Co prawda miałam nie robić zakupów w niedzielę, ale godzina 00:15, to tak naprawdę jeszcze sobota, prawda? ;-)

W sobotni wieczór B. wyciągnął mnie na noc zakupów w Manufakturze. Przed zakupowym szaleństwem wzbraniałam się jak mogłam - no ale co ja mogę? ;-P W każdym razie starałam się, żeby nabytki były przynajmniej jak najbardziej "zielone". A więcej napiszę jak przetestuję :-)

Przez te wszystkie życiowe zawirowania i wyjazdy spuściłam na chwilę z oka mój ogródek ziołowy - i niestety nie przeżył tego. Widocznie bardzo tęsknił ;-( Ale w ramach dzisiejszej zmiany postanowiłam ogródek odbudować, żeby mieć co skrzętnie podlewać wodą od mycia owoców. A przy następnych wyjazdach obok instrukcji karmienia kotów zostawię instrukcję pielęgnacji zieleni przed oknem :-)

Za oknem kuchennym piękny widok na jesienny park, złocista żółtość lipowych liści. Na tym tle aksamitna zieleń bazylii i srebrzysta rozmarynu. Aż się serce rwie do gotowania! :-)

************************************************************************

A o świcie obudził mnie telefon z wiadomością o kolejnym kryzysie życiowym... Nawet nie chce mi się o tym pisać, ten rok jest naprawdę przerąbany :-(

Ale ta sytuacja ma też optymistyczną stronę. Jak już wywaliłam całą zawartość apteczki domowej w poszukiwaniu opatrunków, to później posegregowałam leki i te przeterminowane oraz nieznanego przeznaczenia jutro odniosę we właściwe im miejsce - do punktu odbioru odpadów niebezpiecznych w aptece. Tadam! :-)

[zdjęcie stąd]

poniedziałek, 08 września 2008

7 września 2008, niedziela

FontannaUrodziny malego M. Do tego minal wlasnie pierwszy tydzien w przedszkolu, wiec jak najbardziej dzielny ten mlody czlowiek zasluzyl na wielki tort i gore zabawek :-) 

A dorosli zasluzyli na mala rodzinna impreze, pod tytulem "Grill na dzialce, wpadnijcie po szesnastej" plus tort. Przy czym na  menu tej niezwykle skromnej uroczystosci skladalo sie:

  • 8 zimnych przystawek
  • deska serow
  • 4 rodzaje grilowanych mięs
  • 5 rodzajów grilowanych warzyw
  • dwa torty, smietankowy dziecinny i czekoladowy z alkoholizowanymi wisienkami
  • szarlotka z lodami
  • wielki gar sałatki owocowej
  • wina, wodki, likiery

I to wszystko na ilośc osób w porywach do piętnastu. Przy czym w dziale przystawki nie mam na mysli kiszonych ogorkow. Mowie o salatce caprese czy roladzie szpinakowej w dwoch wersjach,  z lososiem lub z marchewka, i innych takich rozpustnych kulinarnych wygibasach ;-)

Kazda impreza rodzinna to gory pysznego jedzenia. Najwidoczniej zamilowanie i talent do kuchni tez przenosi sie w genach ;-) Opcja: "Dziekuje, nie jestem glodna" nie istnieje. Kochamy naszych wegetarian, ale anorektyczki nie mialyby szans ;-)

Jak latwo sie domyslic zoladki mamy jednak standardowych rozmiarow, wiec po kazdym takim spotkaniu zostaja kilogramy nie zjedzonych potraw. Na przyklad salatki nikt nawet nie sprobowal, bo juz nie mial sily. Dlatego bardzo milym zwyczajem jest obdarowywanie wychodzacych koszykiem z walowka "na droge". I ja tam bylam, miod i wino pilam, i koszyczek tez dostalam*

A szczesliwy maly M. biegal w kolko wywijajac rurka od fontanny tortowej jak magiczna rozdzka i z okrzykiem "Czary mary, hokus pokus, zamieniam cie w ducha" pozbywal sie po kolei wszystkich gosci ;-)

Czasem fajnie miec trzy lata :-)))

*I wracajac do domu postanowilam, ze musze rozsadnie zagospodarowac te (i wszystkie kolejne) pysznosci - przeciez szkoda, zeby sie zmarnowaly. Tego sa zwykle naprawde monstrualne ilosci, a ja mam nieracjonalny obraz tego co jestem w stanie zjesc (ach, te geny ;-) ), wiec od teraz z reka na sercu bede realistycznie oceniac co dam rade pochlonac w ciagu nastepnych 24 godzin. A reszte zapasteryzowac, zamrozic, rozdac - byle nie dopuscic zeby sie zepsulo!

[Jakby ktos nie wiedzial jak wyglada fontanna tortowa to jest wlasnie to na obrazku pozyczonym stad]

niedziela, 07 września 2008

5 września 2008, piątek

sałatka naddunajska

W ten weekend mamy w Łodzi wielki jarmark regionalny. Pół Piotrkowskiej zastawione jest drewnianymi budkami pełnymi wszelkiego dobra z okolicznych pól i lasów: miody, sery, chleby. I dają próbować, mmmm... :-)

To mi nasunęło pomysł na kolejną zmianę. Postanowiłam wspierać lokalnych producentów. Spośród dostępnych w sklepie produktów będę wybierać ten, który przebył jak najkrótszą drogę (czyli z niskim wskaźnikiem food miles). Oczywiście, najchętniej z województwa łódzkiego. Patriotyzm lokalny się kłania ;-)

W sumie nie będzie to takie wielkie poświęcenie, skoro w regionie mamy tak świetne firmy jak:

  • Łódzka Spółdzielnia Mleczarska z pysznym homo-serkiem straciatella
  • Motyl i ich doskonały majonez napoleoński
  • czy Bracia Urbanek z konserwowaną sałatką naddunajską. Nie wiem co prawda co ma wspólnego ta sałatka z pięknym, modrym Dunajem, ale zawsze jak otworzę słoik to zjadam całą na raz :-)

I na pewno wiele, wiele innych skarbów tutaj mamy. Trzeba tylko je odkryć :-)

***

Pieczywo już od jakiegoś czasu kupuję albo w lokalnej piekarni, albo w zakątku rzemieślników w Manufakturze. W tym drugim można nawet kupić specjalne płócienne torby na chlebek :-)

Chociaż ostatnio nie kupuję pieczywa prawie wcale. Zalęgły mi się w pracy krasnoludki, wcale nie złośliwe, wręcz przeciwnie, bardzo miłe :-) Stworzenia owe podrzucają mi rano 2-3 kromki świeżo upieczonego w domu chleba. Za każdym razem innego rodzaju. Był raz nawet czosnkowo-serowy. Krasnoludki ponadto zarzekają się, że nie sikają do mleka, co to to nie, przyzwoite są. Myślę więc, że każdy powinien się z takimi zaprzyjażnić ;-)

Krasnoludki chlebowe, oczywiście, gorąco pozdrawiam :-)))

[A na zdjęciu sałatka naddunajska w pełnej krasie, ściągnięta ze strony producenta. Chyba powinni mi zapłacić za reklamę ;-) ]

wtorek, 02 września 2008

Chrupki

Cos zielonego unosi sie w powietrzu :-) Z kazdej strony docieraja do mnie wiadomosci o ekologicznych zmianach, ekologicznych produktach, ekologicznym biznesie. A moze po prostu ja stalam sie bardziej wyczulona i zaczynam to wszystko zauwazac? A moze jest ziarenko prawdy w koncepcji wspolnej swiadomosci  i zielone ludki powoli przesaczaja swoje szmaragdowe idee w spoleczenstwo? Jaki by nie byl powod efekt jest bardzo pozytywny i pocieszajacy :-)

Poniewaz nie robie juz zakupow w niedziele (patrz zmiana (17)), w srodku tygodnia moge spokojnie i bezkolizyjnie przemierzac kilometry sklepowych polek w poszukiwaniu nowosci. Uwielbiam te chwile, gdy natrafiam na cos, czego jeszcze nigdy nie probowalam :-)

I dzisiaj w REALu napotkalam na swojej drodze platki kukurydziane z certyfikatem rolnictwa ekologicznego! W nudnym, konserwatywnym, totalnie bez polotu REALu maja super-chrupki! Swiat sie konczy! ;-)

I to na dodatek nie w jakims zapomnianym przez bogow i ludzi getcie z napisem "zdrowa zywnosc, dla diabetykow". Po prostu, zwyczajnie, na polce, tuz obok zafoliowanych, przecukrzonych platkow Nestle stoi sobie kartonik eko-platkow firmy Brüggen. Zebys sobie, drogi konsumencie, mogl wybrac, jesli robi ci to jakas roznice. Produkcja polska, cena rozsadna - 4,29 za duze pudelko. Czy potrzebujecie wiecej powodow na przestawienie sie na ekologiczne chrupki sniadaniowe?

Ja nie :-) Od teraz, razem z domowej roboty jogurtem super-chrupki utworza na moim stole* super-hiper-eko sniadanko ;-)

A dla REALa duzy zielony listek ♣  :-)

*Gwoli scislosci to raczej powinno byc "na biurku", bo sniadania jadam w pracy, ale przyznacie sami, ze "sniadanko na biurku" nie brzmi zbyt zachecajaco ;-/

poniedziałek, 18 sierpnia 2008

15 sierpnia 2008, piątek

Jest taki dowcip o różnych technikach jedzenia lodów. Ale świński i do tego najlepiej brzmi opowiadany osobiście, więc nie będę pisać ;-P A mój ulubiony sposób polega na dziubaniu tym małym plastikowym szpadelkiem. Wtedy kulka dłużej pozostaje zamrożona, bo nie ogrzewa się od języka. A takie lody lubię najbardziej – barrrdzo zimne.

W Koszalinie natrafiłam na wspaniałą lodziarnię. Nazywa się, jakże by inaczej, Świat Lodów. Jest zaraz na wprost katedry, łatwo znaleźć, bo dookoła kłębią się tłumy. To zresztą najlepsze świadectwo jakości. I ogromny wybór smaków, nigdzie indziej nie spotkanych, na przykład pierniczkowy, mmm… Podobno drugą filię mają w Mielnie, ale nie udało mi się znaleźć.

Ponieważ zabieram śmieci ze sobą jeśli na miejscu nie ma pojemników do segregacji (zmiana 18), więc po zjedzeniu lodów schowałam szpadelek do torebki. I to mnie natchnęło kolejnym pomysłem racjonalizatorskim. Postanowiłam nosić przy sobie własny – każda porcja lodów, jeden szpadelek oszczędzony Dużo szpadelków zaoszczędzę tego lata, he he ;-)

A najpyszniejsze lody w Łodzi? Gelati Italiani - melonowe!

czwartek, 07 sierpnia 2008

grissini

Właśnie zaświtało dno w paczce moich ulubionych trójkątnych krakersików z sezamem. To takie udawane jedzenie na chwile, kiedy tak coś bym zjadła, ale sama nie wiem co. Już, już, miałam poprosić kolegę J. o zakup kolejnej porcji w Biedronce, kiedy przyszło do mnie ekologiczne oświecenie ;-)

Nie, nie zamierzam snobować się na niekupowanie w Biedronce. Po prostu żadnej nie mam w pobliżu, a trochę głupio by było jechać przez pół miasta w celu zakupienia paczki krakersów, nieprawdaż?

Oświeceniem był pomysł na kolejną zmianę. A zatem od teraz będę jeść słone przekąski wyłącznie z certyfikatem rolnictwa ekologicznego.  Na przykład takie jak te tutaj na zdjęciu -  paluszki Grissini marki Tesco Organic (4,49 za 125 g). W tym przypadku wysoka cena jest poniekąd dodatkową zaleta - im droższe, tym mniej zjem ;-)

PS. Ale jak na imprezie ktoś postawi obok mnie miskę pełną chipsów, to nie ręczę za siebie, wy sadyści! ;-)

************************************************************************

Jak ktoś koniecznie chce biedronkę z paluszkami, to może sobie sam zrobić. Tylko te paluszki trzeba będzie dorysować ;-)

 
1 , 2